Ogniem i Mieczem

Pierścień ten ustrzeże cię od przygody i obroni, gdy dzień sądu nadejdzie, a to ci powiadam, że dzień ten idzie już przez Dzikie Pola. Nastała chwila ciszy; słychać było tylko syczenie płomienia i parskanie koni. Z dalekich oczeretów dochodziło żałosne wycie wilków. Nagle Abdank powtórzył raz jeszcze, jakby do siebie: – Dzień sądu idzie już przez Dzikie Pola, a gdy nadejdzie – zadywytsia wsij swit bożyj. . . Namiestnik przyjął pierścień machinalnie, tak był zdumiały słowami tego dziwnego męża. A ten zapatrzył się w dal stepową, ciemną. Potem zwrócił się z wolna i siadł na koń. Mołojcy jego czekali już u stóp wzgórza. – W drogę. w drogę. . . . Bywaj zdrów, druhu żołnierzu. – rzekł do namiestnika. – Czasy teraz takie, że brat bratu nie ufa, przeto i nie wiesz, kogoś ocalił, bom ci nazwiska swego nie powiedział. – Więc waść nie Abdank. – To klejnot mój. . . – A nazwisko. – Bohdan Zenobi Chmielnicki. To rzekłszy zjechał ze wzgórza, a za nim ruszyli mołojcy. Wkrótce okryły ich tuman i noc. Dopiero gdy odjechali już z pół stajania, wiatr przyniósł od nich słowa kozackiej pieśni: Oj wyzwoły, Boże, nas wsich, bidnych newilnykiw, Z tiażkoj newoli, Z wiry bisurmanskoj - Na jasni zori, Na tychi wody, U kraj wesełyj, U mir chreszczennyj – Wysłuchaj, Boże, u prośbach naszych, U neszczasnych mołytwach, Nas bidnych newilnykiw.