Ogniem i Mieczem
– Bij, kto w Boga. . . . Służba. – krzyknął Czapliński chwytając za rękojeść. Ale nie zdążył szabli wydobyć. Młody namiestnik obrócił go w palcach, chwycił jedną ręką za kark, drugą za hajdawery poniżej krzyża, podniósł w górę rzucającego się jak cyga i idąc ku drzwiom między ławami wołał: – Panowie bracia, miejsce dla rogala, bo pobodzie. To rzekłszy doszedł do drzwi, uderzył w nie Czaplińskim, roztworzył i wyrzucił podstaro ściego na ulicę. Po czym spokojnie usiadł na dawnym miejscu obok Zaćwilichowskiego. W izbie przez chwilę zapanowała cisza. Siła, jakiej dowód złożył pan Skrzetuski, zaimpo nowała zebranej szlachcie. Po chwili jednak cała izba zatrzęsła się od śmiechu. – Vivant wiśniowiecczycy. – wołali jedni. – Omdlał, omdlał i krwią oblan. – krzyczeli inni, którzy zaglądali przeze drzwi, ciekawi, co też pocznie Czapliński. – Słudzy go podnoszą. Mała tylko liczba stronników podstarościego milczała i nie mając odwagi ująć się za nim, spoglądała ponuro na namiestnika. – Prawdę rzekłszy, w piętkę goni ten ogar – rzekł Zaćwilichowski. – Kundys to, nie ogar – rzekł zbliżając się gruby szlachcic, który miał bielmo na jednym oku, a na czole dziurę wielkości talara, przez którą świeciła naga kość.