Ogniem i Mieczem
Z tych jeden, siedzący na dzielnym koniu, zdawał się reszcie przywodzić. Zsiadłszy z konia zbliżył się do owej leżącej postaci i spytał: – A co, wachmistrzu. żyje czy nie żyje. – Żyje, panie namiestniku, ale charcze; arkan go zdławił. – Co zacz jest. – Nie Tatar, znaczny ktoś. – To i Bogu dziękować. Tu namiestnik popatrzył uważniej na leżącego męża. – Coś jakby hetman – rzekł. – I koń pod nim tatar zacny, jak lepszego u chana nie znaleźć – odpowiedział wachmistrz. – A ot, tam go trzymają. Porucznik spojrzał i twarz mu się rozjaśniła. Obok dwóch szeregowych trzymało rzeczywiście dzielnego rumaka, który tuląc uszy i rozdymając chrapy wyciągnął głowę i poglądał przerażonymi oczyma na swego pana. – Ale koń, panie namiestniku, będzie nasz. – wtrącił tonem pytania wachmistrz. – A ty, psiakrwio, chciałbyś chrześcijanowi konia w stepie odjąć. – Bo zdobyczny. . . Dalszą rozmowę przerwało silniejsze chrapanie zduszonego męża. – Wlać mu gorzałki w gębę – rzekł pan namiestnik – pas odpiąć. – Czy zostaniemy tu na nocleg. – Tak jest, konie rozkulbaczyć, stos zapalić. Żołnierze skoczyli co żywo. Jedni poczęli cucić i rozbierać leżącego, drudzy ruszyli po oczerety, inni rozesłali na ziemi skóry wielbłądzie i niedźwiedzie na nocleg.