Ogniem i Mieczem
Ciche dźwięki ozwały się w komnacie, a do wtóru im kniaziówna poczęła śpiewać pieśń pobożną: I w noc, i we dnie wołam do Cię, Panie. Pofolguj męce i łzom żałośliwym, Bądź mnie grzesznemu ojcem miłościwym, 35 Usłysz wołanie. Niewidomy przechylił w tył głowę i słuchał słów pieśni, które zdawały się działać jak balsam kojący, bo z twarzy znikały mu stopniowo ból i przerażenie; na koniec głowa spadła mu na piersi i tak pozostał jakby w półśnie, półodrętwieniu. – Byle nie przerywać śpiewania, już on się całkiem uspokoi – rzekła z cicha kniahini. – Widzicie, waszmościowie, wariacja jego polega na tym, że ciągle czeka apostołów i byle kto do domu przyjechał, zaraz wychodzi pytać, czy nie apostołowie. . . Tymczasem Helena śpiewała dalej: Wskażże mi drogę, o Panie nad pany, Bom jako pątnik na pustyń bezdrożu Lub jak wśród fali na niezmiernym morzu Korab zbłąkany. Słodki głos jej brzmiał coraz silniej i z tą lutnią w ręku, z oczyma wzniesionymi do góry, była tak cudna, że namiestnik oczu nie mógł od niej oderwać. Zapatrzył się w nią, utonął w niej – o świecie zapomniał. Z zachwytu rozbudziły go dopiero słowa starej kniahini: – Dosyć tego.